Są dwa wyjścia:
1. Bardzo proste – zabrać jak najwięcej kart pamięci do aparatu, dodatkowych dysków itp.
2. Jeszcze bardziej proste (jak nam się wydawało) - spróbować wypalić płytę dvd w Kambodży.
My, jako że uwielbiamy łatwiznę, zdecydowaliśmy się na opcję drugą.
Kambodża to przepiękny kraj, na każdym kroku jest coś ciekawego do zarejestrowania, zdjęć przybywa w zastraszającym tempie, więc w końcu nadszedł ten czas – czas zwolnienia miejsca na kartach pamięci, czyli próba wypalenia płyty dvd. Jak to zrobić w Kambodży?
Bardzo prosto w trzech krokach (uwaga: po przejściu pierwszych dwóch kroków koniecznie wykonać trzeci – albo jeszcze lepiej: pominąć drugi i od razu przeskoczyć do trzeciego):
- krok pierwszy: znaleźć miejsce gdzie można wypalić płytę dvd,
- krok drugi: wypalić płytę dvd,
- krok trzeci: wyznaczyć upartego prowodyra, który nie uznaje słowa „nie można” – w naszym przypadku doskonale odnalazł się w tej roli Michał.
Od czego zacząć? – najlepiej od hotelu w którym się mieszka (z reguły we wszystkich hotelach są kafejki internetowe). No więc idziecie do hotelu, pytacie obsługę, czy można wypalić płytę dvd, po usłyszeniu odpowiedzi, że tylko cd, nie zrażeni idziecie do następnego hotelu; po usłyszeniu dokładnie takiej samej odpowiedzi idziecie do następnego, potem do kolejnego itd.. Po oblezieniu wszystkich hoteli w okolicy, zaczynacie czytać uważnie wszystkie szyldy. I co – nagle okazuje się, że niepotrzebnie skupialiście się na hotelach, bo przecież tyle kafejek internetowych dookoła (łatwizna!). No więc idziecie do kafejki, pytacie się o wiadomo co, rasowy Khmer nawet niezłą angielszczyzną odpowiada, że tak, oczywiście, prowadzi was do komputera, zadowoleni siadacie, podpinacie kabelki, kopiujecie przez pół godziny dane z aparatów i wreszcie czas na płytę…ii niby wszystko jest ok., ale coś nie pasuje – zaczynacie poszukiwanie po całym systemie programu do wypalania (i znów ten niezawodny Michał) i co się okazuje? Nie ma. Ale nie poddajecie się tak łatwo – jeszcze raz i co? Znowu nie ma. No więc wołacie tego samego Khmera i pytacie się o co chodzi – przecież powiedział, że dvd, yes, yes dvd.. Ale nagle Khmer jakby przestaje mówić po angielsku, jakby też nie bardzo rozumie, woła kolegę coś do siebie khmerują, rozkładają ręcę.. No więc wypinacie kabelki, kasujecie skopiowane dane i udajecie się do następnej kafejki. Tu już wyspryceni, po usłyszeniu „yes, yes dvd” pędem rzucacie się do wskazanego komputera i zanim skopiujecie dane, przegrzebujecie system w poszukiwaniu jakiegokolwiek programu. Tak też zrobił niezawodny (jak zawsze) Michał i co? I najpierw na jego twarzy pojawiał się grymas niedowierzania, przechodzący po chwil we wściekłość, potem znowu niedowierzanie, potem znowu wściekłość.. NIE MA. No ale Michał że do wytrwałych należy, szukał dalej (czasem ze mną i zawsze z wiernie towarzyszącą mu Rudą, która w tak zwanym międzyczasie próbowała wysyłać zdjęcia emailem i nawet się udawało – trzeba tylko było „przeczekać” chwilowe problemy typu znikający nagle prąd, młócenie rękami w powietrzu w celu odgarnięcia chmary małych, złośliwych komarów itp.). Wreszcie w entej z kolei kafejce, po przegrzebaniu systemu, na twarzy Michała pojawiło się promienne szczęście (prawie tak jak po zjedzeniu hot-doga z Ikei☺ i.. jest. Jest program! I już podpięte kabelki, już palec na kopiowaniu, ale.. ale czujny (jak zawsze) Michał jakimś sobie niewiadomym instynktem, mrucząc coś do siebie pod nosem sprawdza coś jeszcze ii…NIE MA. Nie zgadniecie czego -tym razem czytnika płyt dvd…Woła Khmera, „yes, yes dvd”, angielski coraz słabszy, prawie zanikający, strzelanie oczami na boki itd., w końcu udało nam się zrozumieć, że Khmer nam to załatwi (yes, yes, dvd), musimy mu tylko dać wszystkie aparaty, kabelki, karty, on to weźmie, pojedzie na drugi koniec miasta, albo do innego miasta, (tu nasz angielski był chyba niewystarczający) i za 0,5 godziny, no może 40 minut będzie z powrotem.. Tego Michał już nie zdzierżył, wyrwał kable prawie z bebechami komputera i tonem nie znoszącym sprzeciwu burknął: wychodzimy (co wywołało konsternację u Rudej, bo już prawie, prawie, jeszcze tylko pół godzinki bez wyłączania prądu i udało by się jej wysłać ze dwa zdjęcia).
Ale do wytrwałych świat należy (pamiętajcie – krok trzeci: uparty prowodyr, niezawodny Michał) – za siedemdziesiątym ósmym podejściem w końcu nam się udało w jednej z kafejek: spotkaliśmy całkiem kumatego, młodego Khmera (może miało jakieś znaczenie to, że kafejka sąsiadowała z domem uciech „one dolar masaż”, czy też olśniewający efekt próby ufarbowania na blond bujnych, kruczoczarnych włosów tegoż Khmera), w każdym razie wynik się liczy. Co prawda nie można wypalić płyty dvd samemu, bo komputer z tą bezcenną funkcją jest tylko dla wybrańców, stoi przy biurku właściciela i wara od niego, ale za pokaźną garść one dolarów wyszliśmy z dwoma nagranymi płytami i uśmiechniętym Michałem (jak po zjedzeniu dwóch hot-dogów z Ikei, albo przynajmniej jednego burgera).